|

2. Bóg Cię zaprasza. Odpowiesz?

Dlaczego nie warto odkładać Boga na później

Są zaproszenia, które można zignorować bez wielkiej straty. Zaproszenie na promocję w sklepie, kolejne wydarzenie w internecie, spotkanie, na które i tak nie mieliśmy siły pójść. Są też takie zaproszenia, które coś zmieniają: zaproszenie do rozmowy po latach milczenia, do pojednania, do domu, do wspólnego stołu, do rozpoczęcia czegoś od nowa.

Ale istnieje zaproszenie większe niż wszystkie inne. To zaproszenie Boga.

Biblia pokazuje Boga, który nie jest obojętny wobec człowieka. Nie siedzi daleko, zimny i niedostępny, czekając, aż ktoś sam znajdzie do Niego drogę. Bóg woła. Szuka. Ostrzega. Przekonuje. Zaprasza. Wzywa człowieka, który się oddalił, aby wrócił. Wzywa grzesznika, aby przyjął przebaczenie. Wzywa zmęczonego, aby przyszedł do Chrystusa. Wzywa zagubionego, aby przestał uciekać.

Problem polega na tym, że człowiek bardzo często odpowiada Bogu jednym słowem: Później.

Nie zawsze mówi: nie wierzę. Nie zawsze mówi: nie chcę Boga. Nie zawsze wypowiada otwarty bunt. Czasem mówi po prostu: jeszcze nie teraz.

  • Jeszcze nie teraz, bo mam pracę.
  • Jeszcze nie teraz, bo mam rodzinę.
  • Jeszcze nie teraz, bo jestem zmęczony.
  • Jeszcze nie teraz, bo muszę poukładać życie.
  • Jeszcze nie teraz, bo kiedyś się tym zajmę.

To brzmi spokojniej niż bunt, ale może być równie niebezpieczne. Bo jeśli człowiek przez całe życie odkłada Boga na później, to w praktyce żyje tak, jakby Bóg nie miał prawa do jego dzisiaj.

A Bóg nie zaprasza nas do odpowiedzi kiedyś. Bóg wzywa nas dzisiaj.

Uczta jest gotowa, ale człowiek ma inne sprawy

Jezus opowiedział przypowieść o człowieku, który przygotował wielką ucztę i zaprosił wielu gości. Kiedy wszystko było gotowe, posłał sługę, aby powiedział zaproszonym:

Przyjdźcie, bo już wszystko jest gotowe (Łk 14:17).

To piękny obraz. Bóg nie zaprasza człowieka do pustego stołu. Nie mówi: przyjdź, a potem zobaczymy, czy coś dla ciebie znajdę. Nie mówi: może kiedyś przygotuję ratunek. W Ewangelii Bóg ogłasza: wszystko jest gotowe. Chrystus przyszedł. Umarł za grzeszników. Zmartwychwstał. Droga pojednania została otwarta. Grzesznik może przyjść do Boga nie dlatego, że sam wszystko przygotował, ale dlatego, że Bóg przygotował zbawienie.

A jednak ludzie w przypowieści zaczęli się wymawiać.

Jeden kupił pole. Drugi kupił woły. Trzeci się ożenił. Każdy miał swój powód. Co ciekawe, te powody nie były same w sobie złe. Pole, praca, małżeństwo, codzienne obowiązki — to wszystko są normalne elementy życia. Problem nie polegał na tym, że robili coś jawnie grzesznego. Problem polegał na tym, że zwyczajne sprawy stały się ważniejsze niż Boże zaproszenie.

To bardzo aktualne.

Wielu ludzi nie odrzuca Boga dlatego, że wybiera wielkie zło. Odrzuca Go dlatego, że wybiera życie bez Niego: zajęte, uporządkowane, praktyczne, może nawet odpowiedzialne — ale bez Boga na pierwszym miejscu.

Człowiek może być tak pochłonięty tym, co pilne, że przestaje widzieć to, co wieczne. Może mieć kalendarz pełen zadań, ale nie mieć czasu na własną duszę. Może odbierać setki wiadomości, a nie słyszeć głosu Boga. Może mieć uporządkowane sprawy zawodowe, rodzinne i finansowe, a jednocześnie nie być pojednanym ze swoim Stwórcą.

Największe niebezpieczeństwo wymówek polega na tym, że często wyglądają rozsądnie.

Nie mówią: nienawidzę Boga.

Mówią: mam teraz coś ważniejszego.

Wymówki, które brzmią rozsądnie

Gdy człowiek słyszy wezwanie Boga, rzadko mówi od razu: nie chcę mieć z Nim nic wspólnego. Częściej zasłania się zdaniami, które brzmią całkiem logicznie.

  • Muszę najpierw uporządkować swoje życie.
  • Nie chcę być obłudnikiem.
  • Mam za dużo pytań.
  • Nie jestem jeszcze gotowy.
  • Wierzę po swojemu.
  • Widziałem zbyt wielu fałszywych chrześcijan.
  • Bóg wie, że jestem dobrym człowiekiem.
  • Kiedyś się tym zajmę.

Niektóre z tych zdań mogą zawierać cząstkę prawdy. Rzeczywiście, nie warto udawać. Rzeczywiście, ludzie religijni potrafią ranić. Rzeczywiście, człowiek może mieć pytania. Rzeczywiście, decyzja wiary nie powinna być pustą emocją.

Ale czasem rozsądnie brzmiące zdania są tylko elegancką zasłoną dla serca, które nie chce jeszcze oddać Bogu kontroli.

Człowiek mówi: muszę najpierw uporządkować swoje życie. Ale Ewangelia mówi: przyjdź do Chrystusa właśnie dlatego, że sam nie potrafisz się naprawić. Jezus nie powiedział: przyjdźcie do Mnie, kiedy będziecie już wystarczająco dobrzy. Powiedział:

Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście (Mt 11:28).

Ktoś inny mówi: mam za dużo pytań. Pytania nie są złe. Wiara chrześcijańska nie polega na udawaniu, że wszystko jest proste. Ale pytania mogą być szczerym szukaniem prawdy albo wygodną zasłoną. Czasem człowiek mówi: mam pytania, ale tak naprawdę nie chce usłyszeć odpowiedzi, bo odpowiedź mogłaby go zobowiązać.

Ktoś mówi: wierzę po swojemu. To brzmi niezależnie i nowocześnie, ale jest bardzo niebezpieczne. Jeśli Bóg naprawdę przemówił w swoim Słowie, jeśli naprawdę objawił zbawienie w Jezusie Chrystusie, to nie możemy tworzyć sobie Boga według własnych upodobań. Wiara nie polega na tym, że wybieram z religii to, co mi pasuje. Wiara polega na tym, że odpowiadam na to, co Bóg objawił.

Ktoś jeszcze mówi: widziałem zbyt wielu fałszywych chrześcijan. To może być bolesne i prawdziwe doświadczenie. Ale nawet najgorszy przykład człowieka religijnego nie unieważnia Chrystusa. Jeśli ktoś źle używa lekarstwa, nie znaczy to, że lekarstwo jest fałszywe. Jeśli ktoś fałszywie podpisuje się pod imieniem Jezusa, nie znaczy to, że Jezus przestaje być Panem.

Wymówki bywają różne, ale często prowadzą do tego samego miejsca: człowiek zostaje tam, gdzie był, i nie przychodzi do Boga.

Życiowy dramat człowieka, który wszystko zaplanował

Jezus opowiedział jeszcze inną przypowieść — o bogatym człowieku, któremu obrodziło pole. Ten człowiek nie wyglądał jak ktoś przegrany. Przeciwnie, wyglądał jak człowiek sukcesu. Jego plany się powiodły. Majątek się powiększył. Przyszłość wydawała się zabezpieczona.

Myślał praktycznie. Zburzę stare spichlerze, zbuduję większe, zgromadzę dobra i powiem sobie: masz wielkie zasoby, odpoczywaj, jedz, pij i używaj.

Współczesnym językiem można by powiedzieć: miał strategię, inwestycje, zabezpieczenie, plan na przyszłość i poczucie, że wreszcie może spokojnie żyć.

Ale Bóg powiedział do niego:

Głupcze, jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy od ciebie (Łk 12:20).

To nie jest potępienie pracowitości. To nie jest atak na planowanie. To nie jest pochwała biedy ani lekkomyślności. Problem tego człowieka polegał na tym, że zaplanował życie tak, jakby Bóg nie istniał. Pomyślał o spichlerzach, ale nie pomyślał o swojej duszy. Przygotował się na wygodną przyszłość, ale nie był gotowy na wieczność.

I to jest życiowy dramat.

Człowiek może wygrać wiele małych spraw, a przegrać najważniejszą. Może dobrze urządzić dom, a nie mieć miejsca dla Boga. Może zadbać o ciało, a zaniedbać duszę. Może myśleć o emeryturze, ale nie myśleć o wieczności. Może mieć wszystko zapisane w kalendarzu, ale nie być gotowym na dzień, którego nie zapisał.

Można to porównać do człowieka, który przygotował się perfekcyjnie do podróży. Spakował walizki, kupił najlepszy sprzęt, pobrał mapy, sprawdził pogodę, zaplanował postoje, zatankował samochód. Wszystko wyglądało świetnie. Tylko jednej rzeczy nie sprawdził: czy jedzie we właściwym kierunku.

Tak może wyglądać życie bez Boga.

Dużo ruchu. Dużo planów. Dużo energii. Dużo zadań. Ale kierunek jest zły.

Biblia nie mówi, że człowiek bez Boga nie może niczego osiągnąć. Może osiągnąć bardzo dużo. Może być zdolny, lubiany, wpływowy, bogaty, pracowity i podziwiany. Ale jeśli żyje bez pojednania z Bogiem, to jego największy problem pozostaje nierozwiązany.

Największym dramatem nie jest to, że człowiekowi czegoś w życiu zabrakło.

Największym dramatem jest to, że może mieć bardzo wiele, a nie mieć życia wiecznego.

Kiedy człowiek zaczyna pytać: po co to wszystko?

Czasem człowiek przez długi czas biegnie. Ma cele, obowiązki, ambicje, presję, terminy, rodzinę, pracę, rachunki, plany. Nie ma kiedy się zatrzymać. Życie samo go niesie. Każdy dzień ma swoje zadania, każdy tydzień swoje sprawy, każdy rok swoje oczekiwania.

A potem przychodzi moment, w którym coś pęka.

Nie zawsze jest to wielka tragedia. Czasem wystarczy zwykły wieczór. Cisza. Zmęczenie. Kolejne urodziny. Pogrzeb kogoś znajomego. Rozmowa z dzieckiem, które nagle dorosło. Sukces, który miał dać radość, a dał tylko krótkie poczucie ulgi. Awans, który okazał się kolejnym ciężarem. Dom, który miał dać spełnienie, a nie dał pokoju serca.

I wtedy pojawiają się pytania:

  • Czy naprawdę o to chodziło?
  • Po co żyję?
  • Co zostanie z mojego życia?
  • Czy jestem gotowy stanąć przed Bogiem?
  • Czy znam Chrystusa, czy tylko mam jakieś opinie o religii?

Czasem nazywa się to kryzysem wieku średniego, ale tak naprawdę nie musi przyjść w połowie życia. Może przyjść w młodości. Może przyjść po trzydziestce. Może przyjść na emeryturze. Może przyjść po sukcesie albo po porażce. To moment, w którym człowiek zaczyna rozumieć, że samo jakoś żyć nie wystarczy.

Współczesny świat ma wiele sposobów na zagłuszanie takich pytań. Można zwiększyć tempo. Można włączyć kolejny ekran. Można wejść w kolejny projekt, kolejną rozrywkę, kolejną znajomość, kolejny zakup, kolejne marzenie. Można nie dać ciszy ani minuty, bo w ciszy człowiek słyszy to, przed czym ucieka.

Ale takie pytania mogą być łaską.

Bóg czasem zatrzymuje człowieka nie po to, żeby go upokorzyć, ale żeby go uratować. Pokazuje mu pustkę nie po to, żeby go zniszczyć, ale żeby przestał szukać życia tam, gdzie go nie ma. Pozwala człowiekowi poczuć ciężar własnej drogi, żeby ten zobaczył, że potrzebuje powrotu do Ojca.

Syn, który odszedł daleko

Jednym z najpiękniejszych obrazów powrotu do Boga jest przypowieść o synu marnotrawnym.

Młodszy syn poprosił ojca o majątek i odszedł. Chciał życia na własnych zasadach. Chciał wolności bez ojca, darów bez relacji, majątku bez domu. Przez jakiś czas mogło się wydawać, że wszystko działa. Były pieniądze, przyjemności, znajomi, ruch, emocje. Ale potem przyszła pustka. Majątek się skończył. Przyjaciele zniknęli. Skończyła się iluzja niezależności.

To jest obraz grzechu.

Grzech często obiecuje wolność, ale prowadzi do głodu. Obiecuje życie, ale zostawia człowieka daleko od domu. Obiecuje, że bez Boga będzie lżej, ciekawiej i prawdziwiej, ale ostatecznie człowiek budzi się w miejscu, w którym nie chciałby być.

W pewnym momencie syn marnotrawny zastanowił się. To bardzo ważny moment. Nie tylko poczuł konsekwencje swoich decyzji. Nie tylko zrobiło mu się przykro. On zobaczył prawdę o swoim stanie. Zrozumiał, że musi wrócić do ojca. Powiedział:

Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie (Łk 15:21).

Powrót do Boga zaczyna się od prawdy. Nie od usprawiedliwiania siebie. Nie od tłumaczenia: miałem trudne życie, inni byli gorsi, nie wiedziałem, tak wyszło. Prawdziwy powrót zaczyna się od wyznania: zgrzeszyłem.

Ale przypowieść nie kończy się na winie syna. Najbardziej poruszający jest ojciec. Ojciec widzi syna z daleka. Wychodzi mu naprzeciw. Przyjmuje go. Nie traktuje jak najemnika. Nie każe mu najpierw latami odpracować winy. Nie mówi: zobaczymy, czy zasłużysz. Ojciec przywraca go do domu.Tak Jezus pokazuje serce Boga wobec grzesznika, który wraca.

Bóg nie zaprasza człowieka dlatego, że grzech nie ma znaczenia. Grzech ma znaczenie. Syn naprawdę odszedł. Naprawdę zgrzeszył. Naprawdę zmarnował to, co dostał. Ale łaska ojca okazała się większa niż jego ucieczka. To jest dobra nowina dla każdego, kto odszedł daleko.

Możesz wrócić.

  • Nie dlatego, że umiesz naprawić wszystko, co zepsułeś.
  • Nie dlatego, że masz czystą kartę.
  • Nie dlatego, że twoje odejście było małe.

Możesz wrócić, ponieważ Bóg jest łaskawy, a Chrystus przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło.

Zacheusz, czyli człowiek, który nie spodziewał się takiego dnia

Zacheusz był człowiekiem sukcesu, ale nie był człowiekiem szanowanym. Miał pieniądze, pozycję i wpływy, ale miał też złą reputację. Jako przełożony celników kojarzył się ludziom z chciwością, zdradą i krzywdą. Można powiedzieć, że był człowiekiem, który wiele zdobył, ale dużo stracił po drodze.

Kiedy Jezus przechodził przez Jerycho, Zacheusz chciał Go zobaczyć. Był niski, tłum zasłaniał mu widok, więc wszedł na sykomorę. Może była w nim ciekawość. Może niepokój. Może coś, czego sam nie umiał jeszcze nazwać. A potem stało się coś, czego się nie spodziewał. Jezus zatrzymał się, spojrzał w górę i powiedział:

Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu (Łk 19:5).

To jedno słowo jest bardzo ważne: dziś.

Nie kiedyś. Nie później. Nie po okresie próbnym. Nie gdy Zacheusz najpierw udowodni, że zasługuje. Jezus wchodzi w jego życie tego dnia.

Spotkanie z Chrystusem nie zostawiło Zacheusza takim samym. Nie była to tylko miła rozmowa, religijne wzruszenie albo zaszczyt goszczenia znanego Nauczyciela. W jego życiu pojawił się konkretny owoc: gotowość naprawienia krzywd, odwrócenia się od chciwości i uporządkowania tego, co było grzeszne.

To pokazuje coś bardzo ważnego.

Boże zaproszenie jest łaskawe, ale nie jest powierzchowne. Jezus przyjmuje grzeszników, ale nie po to, żeby zostali w swoim grzechu. Łaska nie mówi: nic się nie stało. Łaska mówi: Chrystus przyszedł do ciebie, aby cię zbawić i przemienić.

Zacheusz nie został zbawiony dlatego, że rozdał pieniądze. Jego przemiana pokazała raczej, że naprawdę spotkał Jezusa.

Kiedy Chrystus wchodzi w życie człowieka, nie jest tylko gościem przy stole. Jest Panem.

Bądźcie gotowi

Jezus mówił uczniom, aby byli gotowi. Nie chodziło Mu o religijną panikę, nerwowe liczenie dat ani życie w strachu przed każdym wydarzeniem na świecie. Chodziło o trzeźwość serca.

Dlatego i wy bądźcie gotowi (Mt 24:44).

Gotowość oznacza, że człowiek nie żyje tak, jakby był właścicielem swojego czasu. Nie zakłada, że zawsze będzie mógł odpowiedzieć Bogu później. Nie traktuje łaski jak zaproszenia, które można bez końca przekładać na inny termin.

  • Być gotowym to znaczy żyć przed Bogiem w prawdzie.
  • To znaczy wiedzieć, że moje życie nie należy ostatecznie do mnie.
  • To znaczy uznać, że jestem grzesznikiem i potrzebuję Zbawiciela.
  • To znaczy nie odkładać Chrystusa na czas, który może nigdy nie nadejść.

Można to porównać do człowieka, który mieszka nad rzeką. Przez lata słyszy ostrzeżenia, że wały są słabe, że przyjdzie wielka woda, że trzeba się przygotować. Ale za każdym razem mówi: jeszcze nie teraz. Mam pracę, mam sprawy, mam remont, mam plany. A potem pewnej nocy słyszy syreny i widzi wodę podchodzącą pod drzwi. Wtedy nie pomaga już to, że kiedyś zamierzał się przygotować.

Z Bogiem jest jeszcze poważniej, bo nie chodzi tylko o bezpieczeństwo doczesne. Chodzi o wieczność.

Gotowość nie polega na tym, że człowiek zna odpowiedzi na wszystkie pytania. Nie polega na tym, że rozwiązał wszystkie problemy. Nie polega na tym, że stał się idealny. Gotowość polega na tym, że przestaje uciekać i przychodzi do Chrystusa.

Co właściwie trzeba zrobić?

Kiedy człowiek słyszy Boże zaproszenie, może zapytać: co mam zrobić?

Biblia nie odpowiada: najpierw stań się lepszy. Nie mówi: zasłuż na przyjęcie. Nie mówi: udowodnij, że jesteś wystarczająco religijny. Nie mówi: napraw sam wszystko, a potem przyjdź do Boga.

Ewangelia mówi: odwróć się od grzechu i zaufaj Jezusowi Chrystusowi.

Jezus umarł za grzeszników. Zmartwychwstał. Jest żywym Panem i jedynym Zbawicielem. To w Nim Bóg przygotował przebaczenie i nowe życie. Nie przychodzimy do Boga z własnym dorobkiem duchowym. Przychodzimy z pustymi rękami, prosząc o łaskę.

Odpowiedzieć na Boże zaproszenie to nie znaczy jedynie wzruszyć się religijnym tekstem. To nie znaczy tylko powiedzieć: kiedyś będę lepszy. To nie znaczy dopisać Jezusa do starego życia.

  • To znaczy przyjść do Boga przez Chrystusa.
  • To znaczy wyznać Mu swój grzech.
  • To znaczy zaufać śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa.
  • To znaczy uznać Go za Pana.
  • To znaczy wrócić do Ojca.

Nie trzeba czekać, aż będzie się bardziej godnym. Do Jezusa nie przychodzą ludzie godni. Przychodzą grzesznicy, którzy potrzebują łaski.

Nie trzeba czekać, aż znikną wszystkie pytania. Wiara nie jest odpowiedzią na każdą ciekawość człowieka, ale zaufaniem Temu, który jest prawdą.

Nie trzeba czekać, aż życie stanie się prostsze. Bardzo możliwe, że nie stanie się prostsze. Ale Chrystus wzywa dzisiaj.

Najbardziej niebezpieczne słowo: później

Słowo „później” potrafi brzmieć niewinnie. Nie jest tak ostre jak „nie”. Nie wygląda jak bunt. Pozwala człowiekowi zachować dobre wrażenie o sobie. Można powiedzieć: nie odrzucam Boga, tylko jeszcze nie teraz.

Ale właśnie dlatego później bywa tak niebezpieczne.

  • Później przeczytam Ewangelię.
  • Później pomodlę się naprawdę.
  • Później porozmawiam z kimś o wierze.
  • Później uporządkuję swoje życie przed Bogiem.
  • Później pomyślę o śmierci i wieczności.
  • Później zdecyduję, co zrobię z Jezusem.

Tylko że nikt z nas nie dostał obietnicy później.

Biblia mówi:

Dziś, jeśli głos Jego usłyszycie, nie zatwardzajcie serc waszych (Hbr 3:15).

To nie jest manipulacja strachem. To jest realizm. Życie jest kruche. Serce człowieka może stwardnieć. Okazje, które dziś wydają się oczywiste, jutro mogą już nie wrócić. Człowiek, który stale odkłada odpowiedź Bogu, uczy swoje serce obojętności.

Dlatego najważniejszej decyzji życia nie warto odkładać.

Podsumowanie

Bóg zaprasza człowieka do siebie. Nie dlatego, że człowiek na to zasłużył. Nie dlatego, że sam potrafi się naprawić. Nie dlatego, że Bóg przymyka oko na grzech. Bóg zaprasza, ponieważ jest łaskawy, cierpliwy i miłosierny, a w Jezusie Chrystusie przygotował prawdziwe zbawienie.

Człowiek jednak często się wymawia. Zasłania się obowiązkami, planami, pytaniami, zranieniami, religijnymi uprzedzeniami albo przekonaniem, że ma jeszcze czas. Może żyć jak zaproszeni na ucztę, którzy mieli ważniejsze sprawy. Może żyć jak bogaty głupiec, który zaplanował przyszłość, ale zapomniał o duszy. Może żyć jak syn marnotrawny, daleko od Ojca. Może żyć jak Zacheusz, mając wiele, a jednak potrzebując spotkania z Chrystusem.

Ale dobra nowina jest taka, że Bóg naprawdę wzywa człowieka do powrotu.

  • Uczta jest gotowa.
  • Ojciec przyjmuje wracającego syna.
  • Chrystus zatrzymuje się przy grzeszniku.
  • Zbawienie jest przygotowane.

Najważniejsze pytanie nie brzmi więc: czy kiedyś zajmę się Bogiem? Najważniejsze pytanie brzmi: co odpowiem Bogu dzisiaj?

Do osobistego przeczytania w Biblii

Łukasza 14:16-24
Łukasza 12:13-21
Łukasza 15:11-32
Łukasza 19:1-10
Mateusza 24:36-44
2 Koryntian 6:1-2
Hebrajczyków 3:7-15

Krótka modlitwa

Panie Boże, dziękuję, że nie jesteś obojętny na moje życie i że wzywasz mnie do siebie. Przyznaję, że często odkładałem najważniejsze sprawy, zasłaniałem się wymówkami i żyłem tak, jakby czas należał do mnie. Przebacz mi moje grzechy. Dziękuję za Jezusa Chrystusa, który umarł za grzeszników i zmartwychwstał. Nie chcę już uciekać ani odkładać odpowiedzi na później. Chcę przyjść do Ciebie dzisiaj, zaufać Chrystusowi i wrócić do Ojca. Amen.

Podobne wpisy