|

1. Czy Jezus naprawdę żyje?

Najważniejsze pytanie chrześcijaństwa

Chrześcijaństwo nie zaczyna się od systemu moralnego, rodzinnej tradycji, obrzędów ani od przynależności do jakiejś wspólnoty religijnej. Zaczyna się od osoby Jezusa Chrystusa. A dokładniej: od pytania, kim On naprawdę jest.

Można próbować mówić o Jezusie na wiele sposobów. Jedni widzą w Nim wielkiego nauczyciela moralności. Inni proroka, reformatora religijnego albo człowieka, który pokazał światu wyjątkową miłość. Jeszcze inni traktują Go jako symbol dobroci, przebaczenia i duchowej wrażliwości. Ale Biblia nie pozwala zatrzymać się na tak bezpiecznej, neutralnej opinii.

Tu pojawia się bardzo mocny argument, znany między innymi z pism C.S. Lewisa i Josha McDowella. Można go streścić tak: Jezus nie zostawił nam możliwości, aby uznać Go jedynie za dobrego nauczyciela moralności.

Dlaczego?

Ponieważ dobry nauczyciel moralności nie mówi o sobie tego, co mówił Jezus, jeśli nie jest to prawdą. Jezus nie ograniczył się do wezwań: kochajcie Boga, przebaczajcie, bądźcie miłosierni, módlcie się, czyńcie dobro. On stawiał siebie w samym centrum relacji człowieka z Bogiem. Wzywał ludzi, aby przyszli do Niego, wierzyli w Niego, szli za Nim, trwali w Jego słowie, kochali Go bardziej niż wszystko inne i uznali, że od ich stosunku do Niego zależy ich wieczność.

Powiedział:

„Ja i Ojciec jedno jesteśmy” (J 10:30).

Powiedział także:

„Ja jestem drogą i prawdą, i życiem” (J 14:6).

Tego nie mówi jedynie pobożny nauczyciel. Tego nie mówi zwykły prorok. Tego nie mówi człowiek, który chce tylko poprawić moralność społeczeństwa. Takie słowa zmuszają nas do wyboru.

Albo Jezus mówił prawdę, albo nie.

Jeśli wiedział, że nie jest tym, za kogo się podaje, byłby oszustem. I to nie zwykłym oszustem, ale najgorszym oszustem religijnym w historii, bo prowadziłby ludzi do złożenia ufności w Nim samym, choć wiedziałby, że nie ma do tego prawa. Taka możliwość jest jednak sprzeczna z całym obrazem Jego życia. Jezus żył w czystości, prawdzie, pokorze, miłości i całkowitym posłuszeństwie Ojcu. Demaskował obłudę, potępiał kłamstwo, wzywał do świętości i sam żył tym, czego nauczał. Trudno pogodzić moralną czystość Jego życia z tezą, że świadomie zbudował swoje posłannictwo na kłamstwie.

Co więcej, jeśli był oszustem, to umarł jako oszust. Umarł za twierdzenia, o których — według tej hipotezy — wiedziałby, że są fałszywe. A jaki oszust dobrowolnie idzie na cierpienie, odrzucenie, hańbę i śmierć za kłamstwo, które sam wymyślił? Ludzie mogą umierać za błąd, jeśli są przekonani, że to prawda. Ale trudno uwierzyć, że ktoś świadomie tworzy religijne oszustwo, a potem umiera w cierpieniu, nie próbując się z niego wycofać.

Druga możliwość jest taka, że Jezus naprawdę wierzył w to, co mówił, ale był w błędzie. Wtedy nie byłby oszustem, lecz człowiekiem obłąkanym. Jeżeli zwykły człowiek mówi o sobie, że ma wyjątkową jedność z Bogiem, że jest jedyną drogą do Ojca, że ma władzę odpuszczania grzechów i że będzie sądził ludzi, a nie jest to prawdą, to nie jest to drobna pomyłka religijna. To byłoby duchowe obłąkanie najwyższego stopnia. Byłoby to podobne do człowieka, który z całym przekonaniem twierdzi, że jest czymś absurdalnym, na przykład sadzonym jajkiem, królem wszechświata albo istotą z innego świata.

Ale i ta możliwość nie pasuje do Jezusa. W Ewangeliach nie widzimy człowieka chaotycznego, oderwanego od rzeczywistości, moralnie rozbitego czy psychicznie niestabilnego. Widzimy kogoś o niezwykłej trzeźwości umysłu, głębi, mądrości, spójności i wewnętrznym pokoju. Jezus odpowiadał przeciwnikom z przenikliwą mądrością. Znał ludzkie serca. Umiał milczeć, gdy milczenie było właściwe, i mówić, gdy należało powiedzieć prawdę. Łączył świętość z miłosierdziem, stanowczość z czułością, autorytet z pokorą. Obłąkanie nie tworzy takiego życia, takiego nauczania i takiego moralnego piękna.

Pozostaje więc trzecia możliwość: Jezus mówił prawdę. Jest tym, za kogo się podawał. Jest Panem. Jest Synem Bożym. Jest jedynym Zbawicielem.

Dlatego nie da się uczciwie zatrzymać przy zdaniu: Jezus był dobrym nauczycielem, ale nie był Panem i Bogiem. On takiej opcji nam nie zostawił. Można Go odrzucić jako oszusta. Można próbować uznać Go za człowieka obłąkanego. Albo można paść przed Nim i wyznać razem z Tomaszem:

„Pan mój i Bóg mój!” (J 20:28).

Oczywiście ktoś może próbować uciec od tej alternatywy, mówiąc, że Ewangelie zniekształciły obraz Jezusa. Ale wtedy trzeba wyjaśnić, dlaczego pierwsi uczniowie od samego początku głosili właśnie takiego Chrystusa: ukrzyżowanego, zmartwychwstałego, wywyższonego, godnego czci i posiadającego władzę nad życiem i śmiercią. Trzeba też wyjaśnić, dlaczego byli gotowi cierpieć za świadectwo o Nim, skoro miałby to być tylko późniejszy wymysł.

Najważniejsze pytanie brzmi więc nie tylko: czy Jezus istniał? Nie tylko: czy był dobrym człowiekiem? Nie tylko: czy Jego nauka jest wartościowa? Najważniejsze pytanie brzmi: czy Jezus naprawdę jest tym, za kogo się podawał? A sercem tej odpowiedzi jest zmartwychwstanie.

Jeśli Chrystus nie zmartwychwstał

Biblia stawia sprawę bardzo jasno. Apostoł Paweł napisał:

„A jeżeli Chrystus nie zmartwychwstał, daremna jest wasza wiara” (1 Kor 15:17).

To niezwykle uczciwe zdanie. Paweł nie mówi: nawet jeśli Jezus nie zmartwychwstał, chrześcijaństwo nadal jest piękną tradycją. Nie mówi: nawet jeśli grób nie był pusty, warto zachować chrześcijaństwo ze względów moralnych. Nie mówi: nawet jeśli to tylko symbol, symbol też może pomagać.

Nie. Paweł mówi wprost: jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, wiara chrześcijańska traci swój fundament. Dlaczego? Ponieważ chrześcijaństwo nie jest zbiorem ogólnych prawd religijnych oderwanych od historii. Jest dobrą nowiną o tym, co Bóg uczynił w konkretnym czasie, w konkretnym miejscu, przez konkretną osobę. Jezus Chrystus umarł za grzechy, został pogrzebany i trzeciego dnia powstał z martwych.

Jeśli zmartwychwstanie jest prawdą, wtedy krzyż nie był porażką. Był zwycięstwem. Jeśli zmartwychwstanie jest prawdą, wtedy Jezus nie był tylko ofiarą niesprawiedliwego wyroku. Był Barankiem Bożym, który oddał życie za grzeszników. Jeśli zmartwychwstanie jest prawdą, wtedy śmierć nie ma ostatniego słowa. Jeśli zmartwychwstanie jest prawdą, wtedy Jezus żyje także dzisiaj i człowiek może naprawdę Go poznać.

Jeśli jednak Jezus nie zmartwychwstał, nie ma chrześcijaństwa w biblijnym sensie. Zostaje religijna pamięć, etyka, tradycja, kultura i wzruszająca historia o niesłusznie zabitym Nauczycielu. Ale nie ma zbawienia, nie ma zwycięstwa nad śmiercią i nie ma żywego Pana.

Dlatego pytanie o zmartwychwstanie nie jest dodatkiem do wiary. Ono jest w samym centrum.

Pusty grób

Ewangelie opisują, że po śmierci Jezusa kobiety przyszły do grobu. Nie szły tam, aby świętować zwycięstwo. Nie szły z radosnym przekonaniem, że za chwilę zobaczą cud. Szły do grobu, bo były przekonane, że Jezus umarł. Chciały oddać Mu ostatni wyraz miłości i szacunku.

To ważne. Pierwsi uczniowie nie byli ludźmi, którzy z łatwością uwierzyli w zmartwychwstanie. Po ukrzyżowaniu byli przestraszeni, rozbici i zawiedzeni. Krzyż wyglądał dla nich jak koniec nadziei. Mesjasz miał przynieść zwycięstwo, a nie umrzeć jak przestępca. Miał objawić królowanie Boga, a nie zostać odrzucony przez przywódców i wydany Rzymianom.

A jednak przy grobie wydarzyło się coś, czego nikt z nich nie zaplanował. Kamień był odsunięty. Ciała Jezusa nie było. Kobiety usłyszały:

„Nie ma Go tu, bo zmartwychwstał” (Mt 28:6).

Pusty grób sam w sobie nie wyjaśnia wszystkiego, ale stawia pytanie, którego nie można uczciwie ominąć: co stało się z ciałem Jezusa?

Gdyby ciało Jezusa nadal znajdowało się w grobie, przeciwnicy chrześcijaństwa mieliby bardzo prosty sposób, aby zakończyć całą sprawę: wystarczyłoby je pokazać. Chrześcijańskie zwiastowanie narodziło się przecież w Jerozolimie, czyli tam, gdzie Jezus został ukrzyżowany i pogrzebany. Nie głoszono tej wiadomości setki lat później w odległym kraju, gdzie nikt nie mógł niczego sprawdzić. Głoszono ją w miejscu, w którym znajdowali się zarówno uczniowie, jak i przeciwnicy Jezusa.

Dlatego pusty grób od początku domagał się wyjaśnienia.

Co mogło stać się z ciałem Jezusa?

Skoro grób był pusty, trzeba zadać uczciwe pytanie: co mogło stać się z ciałem Jezusa?

Najstarsze wyjaśnienie przeciwników chrześcijaństwa brzmiało: uczniowie przyszli nocą i wykradli ciało. Ewangelia Mateusza wspomina właśnie taką wersję wydarzeń. Problem polega jednak na tym, że bardzo trudno dopasować ją do zachowania uczniów po śmierci Jezusa. Byli przestraszeni, rozbici i ukrywali się. Nie wyglądali jak ludzie gotowi ryzykować życie, aby przechytrzyć strażników, odsunąć kamień, wynieść ciało, a potem przez resztę życia głosić coś, o czym wiedzieliby, że jest kłamstwem.

Ludzie czasem umierają za fałszywe przekonania, jeśli naprawdę wierzą, że są one prawdziwe. Ale trudno uwierzyć, że cała grupa uczniów świadomie stworzyła oszustwo, a potem była gotowa cierpieć za coś, o czym od początku wiedziała, że jest nieprawdą.

Można więc zapytać inaczej: może ciało zabrali przywódcy religijni? Ale gdyby to oni je zabrali, mieliby w ręku najprostszy sposób zatrzymania chrześcijaństwa. Kiedy apostołowie zaczęli głosić w Jerozolimie, że Jezus zmartwychwstał, wystarczyłoby pokazać ciało. Nie trzeba byłoby prowadzić sporów, przesłuchiwać apostołów ani zakazywać im nauczania w imieniu Jezusa. Wystarczyłby jeden publiczny dowód: oto ciało Jezusa, a więc On nie powstał z martwych.

Można też zapytać: może ciało zabrali Rzymianie? Ale oni również nie mieliby żadnego powodu, aby później milczeć. Rzymskiej władzy zależało na spokoju, a nie na rozwoju ruchu, który głosił ukrzyżowanego i zmartwychwstałego Króla. Gdyby Rzymianie wiedzieli, gdzie znajduje się ciało, mogli bardzo szybko zakończyć całe zamieszanie.

Ktoś mógłby powiedzieć: może grób został pomylony? Ale ta hipoteza również jest słaba. Grób należał do konkretnego człowieka, Józefa z Arymatei. Kobiety widziały miejsce pochówku. Przeciwnicy Jezusa także interesowali się grobem. Gdyby uczniowie pomylili miejsce, władze mogłyby wskazać właściwy grób i pokazać ciało.

Inni próbują wyjaśnić sprawę jeszcze inaczej: może Jezus wcale naprawdę nie umarł, tylko omdlał, a potem odzyskał przytomność w grobie? Ale to wyjaśnienie jest jeszcze trudniejsze do przyjęcia. Jezus był ubiczowany, ukrzyżowany, przebity, owinięty w płótna i złożony w grobie. Człowiek w takim stanie nie odsunąłby ciężkiego kamienia, nie przeszedłby obok straży i nie ukazałby się uczniom jako zwycięski Pan życia. Co najwyżej wyglądałby jak człowiek skrajnie poraniony i potrzebujący natychmiastowej pomocy.

Pozostaje jeszcze możliwość, że cała historia została wymyślona później. Ale i to nie wyjaśnia dobrze faktów. Zwiastowanie zmartwychwstania pojawia się bardzo wcześnie. Apostoł Paweł w 1 Kor 15 przypomina tradycję, którą sam otrzymał i przekazał dalej. Nie mamy tu do czynienia z legendą narastającą przez wiele pokoleń, ale z przesłaniem głoszonym od początku przez tych, którzy twierdzili, że widzieli zmartwychwstałego Chrystusa.

Wszystkie te próby wyjaśnienia pustego grobu napotykają poważne trudności. Najprostsze wyjaśnienie pozostaje tym, które od początku głosili apostołowie: Jezus naprawdę zmartwychwstał.

Nie chodzi tylko o to, że grób był pusty. Chodzi o to, że pusty grób, przemiana uczniów, świadectwo wielu osób, zgodność z Pismem i narodziny Kościoła tworzą razem mocne świadectwo. Chrześcijaństwo nie narodziło się z poetyckiej tęsknoty za zmarłym Nauczycielem. Narodziło się z przekonania, że Bóg wskrzesił Jezusa z martwych.

Świadectwo uczniów

Uczniowie nie zaczęli głosić nowej filozofii. Nie wyszli do ludzi z przesłaniem: mamy piękny system wartości. Nie mówili: Jezus przegrał, ale Jego idee warto zachować.

Głosili coś znacznie mocniejszego:

„Tego właśnie Jezusa wskrzesił Bóg” (Dz 2:32).

To było centrum apostolskiego zwiastowania. Bóg wskrzesił Jezusa z martwych. Uczniowie twierdzili, że są świadkami tego faktu. Nie chodziło jedynie o wewnętrzne przeżycie, wzruszenie czy duchową interpretację śmierci Mistrza. Oni głosili, że Jezus naprawdę żyje.

Warto tu zwrócić uwagę na przemianę samych uczniów. Po śmierci Jezusa byli zalęknieni. Piotr wcześniej zaparł się Pana. Tomasz nie chciał uwierzyć bez osobistego przekonania się. Uczniowie idący do Emaus mówili z rozczarowaniem: „A myśmy się spodziewali…” (Łk 24:21).

To nie wygląda jak grupa ludzi gotowych zbudować religię na świadomym kłamstwie.

A jednak niedługo później ci sami ludzie publicznie głosili Chrystusa. Nie zyskali dzięki temu wygodnego życia. Nie zdobyli społecznego prestiżu. Nie zapewnili sobie bezpieczeństwa. Przeciwnie, narazili się na prześladowania, odrzucenie i cierpienie.

Co ich zmieniło? Najprostsza odpowiedź jest ta, którą podaje Nowy Testament: spotkali zmartwychwstałego Jezusa.

Pisma świadczą o Chrystusie

Jezus nie pojawił się w historii bez zapowiedzi i bez związku z wcześniejszym objawieniem Boga. Stary Testament przygotowuje drogę dla Mesjasza. Pokazuje potrzebę ofiary za grzech, zapowiada Króla z rodu Dawida, cierpiącego Sługę, zbawienie dla narodów i nowe przymierze.

Sam Jezus mówił do ludzi znających Pismo:

„To one właśnie dają o Mnie świadectwo” (J 5:39).

To zdanie jest bardzo ważne. Można czytać Biblię i nie zobaczyć jej centrum. Można znać religijne pojęcia, dyskutować o moralności, historii, tradycji i przepisach, a mimo to nie przyjść do Chrystusa. Jezus zarzucał niektórym ludziom religijnym nie to, że za mało czytali Pisma, ale to, że nie rozpoznali w nich świadectwa o Nim.

Cała Biblia prowadzi do Chrystusa. Stary Testament zapowiada Go przez obietnice, obrazy, proroctwa, ofiary i historię zbawienia. Nowy Testament ogłasza, że w Jezusie te obietnice znalazły swoje wypełnienie.

Dlatego wiara chrześcijańska nie jest ślepym skokiem w ciemność. Jest odpowiedzią na Boże objawienie. Bóg przemówił. Dał świadectwo przez Pisma, przez dzieła Jezusa, przez krzyż, pusty grób i apostolskie zwiastowanie.

Człowiek może oczywiście odrzucić to świadectwo. Może zamknąć oczy na dowody, bo nie chce uznać Bożej władzy nad swoim życiem. Może bardziej bać się opinii ludzi niż Boga. Może nie chcieć przyjść do Chrystusa, ponieważ wie, że oznaczałoby to zmianę. Ale wtedy problem nie leży w braku światła, lecz w niechęci serca do przyjęcia światła.

Czy chrześcijaństwo jest ucieczką, czy spotkaniem z prawdą?

Niektórzy patrzą na wiarę w Jezusa jak na formę duchowego znieczulenia. Według nich człowiek wierzy, ponieważ boi się śmierci, nie umie poradzić sobie z poczuciem winy, potrzebuje nadziei albo szuka sensu w świecie, który często wydaje się chaotyczny i bolesny. W takim ujęciu chrześcijaństwo byłoby tylko religijnym sposobem na złagodzenie lęku.

Ale takie spojrzenie pomija najważniejsze pytanie. Nie chodzi najpierw o to, czy wiara człowiekowi pomaga. Chodzi o to, czy jest prawdziwa.

Jeżeli Jezus nie zmartwychwstał, wtedy chrześcijaństwo nie ma ostatecznego fundamentu. Może komuś dawać poczucie sensu, moralny kierunek albo chwilowe pocieszenie, ale nie może zbawić. Apostoł Paweł napisał wprost:

„A jeżeli Chrystus nie zmartwychwstał, daremna jest wasza wiara” (1 Kor 15:17).

Jeżeli jednak Jezus naprawdę powstał z martwych, wtedy wiara w Niego nie jest ucieczką od rzeczywistości. Jest wejściem w rzeczywistość głębszą niż ta, którą widzimy na co dzień. Jest uznaniem, że Bóg istnieje, grzech jest realny, śmierć jest realna, sąd jest realny, ale realne jest także przebaczenie, zbawienie i życie wieczne w Chrystusie.

Chrześcijaństwo nie odwraca wzroku od cierpienia. Nie udaje, że człowiek nie ma winy. Nie mówi, że śmierć jest tylko naturalnym etapem, o którym nie warto myśleć. Przeciwnie, Biblia patrzy na te sprawy bardzo trzeźwo. Mówi, że człowiek jest grzeszny, że potrzebuje pojednania z Bogiem i że sam siebie nie uratuje.

To nie jest religijna iluzja. To jest diagnoza. A Ewangelia jest Bożą odpowiedzią na tę diagnozę.

Można to porównać do człowieka, który przez lata lekceważył objawy poważnej choroby, aż w końcu usłyszał uczciwą diagnozę i otrzymał skuteczne leczenie. Sama diagnoza może być trudna. Może zaboleć. Może zburzyć złudne poczucie bezpieczeństwa. Ale jeśli jest prawdziwa, to właśnie ona otwiera drogę do ratunku.

Tak samo Ewangelia najpierw mówi człowiekowi prawdę: zgrzeszyłeś przeciwko Bogu, jesteś winny i potrzebujesz Zbawiciela. Ale potem ogłasza jeszcze większą prawdę: Jezus Chrystus umarł za grzeszników i zmartwychwstał, aby każdy, kto w Niego wierzy, otrzymał przebaczenie i życie wieczne.

Chrześcijaństwo nie jest więc wygodną ucieczką. Jezus nie obiecał swoim uczniom łatwej drogi. Powiedział:

„Jeśli kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie” (Łk 9:23).

To nie jest język taniego pocieszenia. To wezwanie do upamiętania, posłuszeństwa i oddania całego życia Bogu. Jezus nie mówi: dodaj Mnie do swoich planów, a będzie ci trochę łatwiej. Mówi: pójdź za Mną, nawet jeśli będzie cię to kosztować.

Wiara w Chrystusa nie polega na tym, że człowiek przestaje myśleć o trudnych pytaniach. Przeciwnie, zaczyna stawiać je uczciwie. Co zrobię z moim grzechem? Co stanie się ze mną po śmierci? Przed kim odpowiem za swoje życie? Czy naprawdę należę do Boga? Kim jest Jezus?

Chrześcijaństwo nie usypia człowieka. Ono go budzi.

Dlatego pytanie nie brzmi: czy wiara pomaga ludziom czuć się lepiej? Pytanie brzmi: czy Jezus naprawdę żyje? Jeśli nie żyje, żadne religijne pocieszenie ostatecznie nas nie uratuje. Jeśli żyje, wtedy największą tragedią byłoby przejść obok Niego obojętnie.

Co zmartwychwstanie Jezusa znaczy dzisiaj?

Zmartwychwstanie Jezusa nie jest tylko tematem wielkanocnym. Ono ma znaczenie dla całego życia.

Po pierwsze, zmartwychwstanie potwierdza, że krzyż wystarcza. Jezus umarł za grzechy. Gdyby pozostał w grobie, można by pytać, czy Jego ofiara została przyjęta. Ale Bóg wskrzesił Go z martwych. To znaczy, że dzieło zbawienia zostało dokonane. Grzech może być przebaczony. Wina może zostać zdjęta. Człowiek może zostać pojednany z Bogiem nie dzięki własnym zasługom, ale dzięki Chrystusowi.

Po drugie, zmartwychwstanie daje nadzieję wobec śmierci. Śmierć jest jednym z największych lęków człowieka. Można ją odsuwać od myśli, unikać rozmów na jej temat, zagłuszać ją pracą, rozrywką albo planami. Ale ona pozostaje realna. Chrystus jednak pokonał śmierć. Dlatego dla tych, którzy należą do Niego, śmierć nie jest końcem wszystkiego.

Jezus powiedział:

„Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem” (J 11:25).

Po trzecie, zmartwychwstanie oznacza, że Jezus jest obecny teraz. Nie jest tylko postacią z przeszłości. Nie jest jedynie bohaterem religijnej tradycji. Nie jest wspomnieniem po wielkim nauczycielu. On żyje.

Dlatego chrześcijaństwo nie polega wyłącznie na przyjęciu zestawu doktryn. Prawdziwa wiara jest osobistym zaufaniem żywemu Chrystusowi. Możemy słuchać Go w Słowie Bożym. Możemy przychodzić do Niego w modlitwie. Możemy powierzyć Mu swoje grzechy, lęki, decyzje i całe życie.

Nie wystarczy mieć opinię o Jezusie

W Ewangelii Łukasza Jezus zadał uczniom pytanie:

„A wy za kogo Mnie uważacie?” (Łk 9:20).

To pytanie pozostaje aktualne.

Można znać opinie innych ludzi o Jezusie. Można wiedzieć, co mówi o Nim historia, kultura, rodzina, szkoła albo internet. Można nawet interesować się chrześcijaństwem i prowadzić rozmowy o Biblii. Ale przychodzi moment, w którym człowiek musi odpowiedzieć osobiście.

Kim Jezus jest dla ciebie?

Jeśli jest tylko nauczycielem, możesz Go podziwiać i pójść dalej swoją drogą. Jeśli jest tylko symbolem dobra, możesz wybrać z Jego słów to, co ci odpowiada. Jeśli jest tylko elementem tradycji, możesz wspominać Go od święta.

Ale jeśli jest zmartwychwstałym Panem, wtedy nie można postawić Go na półce obok innych inspiracji. Wtedy należy do Niego całe życie.

Jezus nie wzywa nas jedynie do uznania informacji o zmartwychwstaniu. Wzywa nas do wiary, upamiętania i pójścia za Nim. Prawdziwa wiara nie kończy się na zdaniu: to może być prawda. Prawdziwa wiara odpowiada: Panie Jezu, ufam Tobie. Przebacz mi. Zbaw mnie. Prowadź mnie. Chcę należeć do Ciebie.

Podsumowanie

Czy Jezus naprawdę żyje?

Biblia odpowiada: tak. Grób był pusty. Uczniowie spotkali zmartwychwstałego Pana. Pisma świadczą o Chrystusie. Narodziny Kościoła wyrastają z przekonania, że Jezus pokonał śmierć. A samo zmartwychwstanie potwierdza, że Jezus nie był tylko nauczycielem moralności, ale jest Panem i Zbawicielem.

Chrześcijaństwo nie jest duchową bajką dla naiwnych ani religijnym sposobem na ucieczkę przed trudnymi pytaniami. Jest dobrą nowiną o Synu Bożym, który umarł za grzechy i zmartwychwstał. Jest wezwaniem do pojednania z Bogiem. Jest zaproszeniem do nowego życia.

Najważniejsze pytanie nie brzmi więc tylko: czy Jezus zmartwychwstał? Trzeba pójść krok dalej i zapytać: skoro Jezus żyje, co ja zrobię z tą prawdą?

Do osobistego przeczytania w Biblii

Mateusza 28:1-20
Jana 20:19-31
1 Koryntian 15:1-20
Łukasza 9:18-27

Krótka modlitwa

Panie Jezu Chryste, dziękuję, że umarłeś za grzechy i zmartwychwstałeś. Nie chcę znać Cię tylko jako postaci z historii ani jako religijnej idei. Chcę poznać Cię jako żywego Pana i Zbawiciela. Otwórz moje serce na prawdę Twojego Słowa, przebacz mi moje grzechy i prowadź mnie drogą nowego życia. Amen.

Podobne wpisy